„ANIOŁOWE” POST SCRIPTUM
Zaczęło się od Stachury. Był dla nas jak „Biblia”. Koniec lat siedemdziesiątych, „ogólniak”. Pierwsze „jeansowe” wydanie jego dzieł było publikacją, o którą „molestowało się” panie w księgarniach we Wrocławiu tygodniami.
Stachura był żywą legendą, był dla nas ucieleśnieniem wolności i to wolności we wszystkich możliwych aspektach i barwach.
Potem wszystko się przewartościowało. Rozpoczął się rozdział „nieznośnej lekkości bytu”.
Kolejny krok - emigracja, nad którą człowiek się nie zastanawiał...nie zastanawiał się tak naprawdę – po prostu trzeba było żyć.
I tak składało się dni w lata na tym - raz bardziej a raz mniej - „złotym” Zachodzie. I gdyby nie „palec Boży”, a właściwie kilka „palców Bożych”, pewnie przeżyłbym życie, nie wiedząc, że SDM w ogóle istnieje...
Pierwsze przesłuchanie ich płytki z „największymi przebojami” nie pozostawiło wątpliwości – są pewne sprawy, bez których życie nie jest prawdziwym życiem. I z tymi sprawami trzeba się po prostu rozprawić. To spadło na mnie jak „grom z jasnego nieba”.
No i nastąpił „crash-kurs” z SDM: kolejne płytki, wymiany w sieci, koncerty, dyskusje, Lisia ...nagle okazało się, że Stachura jest ciągle aktualny, teraz może aktualniejszy niż kiedykolwiek. Do niego dołączyli Rybowicz, Ziemianin... A to wszystko za sprawą SDM...i ludzi…ludzi, którzy też „czuli bluesa”...
Nastał sierpień.
„Szwędając się” w świecie SDM już od dawna czuło się Anioły w powietrzu. Tak jakoś realnie…
No bo niby dlaczego nie miałyby One mieszkać w Bieszczadach, jeżeli wszystko inne, o czym śpiewają, się zgadza?
Niewiele brakowało i nie zobaczyłbym Ich w tym roku…wytworzyły się turbulencje, wiatry zaczęły wiać w różnych kierunkach ...doszło nawet do trąb powietrznych i „wypadków śmiertelnych”. Jedni zginęli, odeszli na zawsze...inni powrócili...To stało się jednak później…
Najpierw były Bieszczady.
Z samotnią i „samotnikowaniem” nie miały one - od „aniołowego” wtorku - wiele wspólnego, chyba że poszło się gdzieś „na skóskę”, trochę dalej od połonin...
Szukanie dachu nad głową. Nawet bacówki nastroszyły się trochę...
I trwało chwilę, aż Anioły odnalazły się z powrotem.
Bo dachów nad głową nigdy nie zabraknie. Dachów jest dużo. I nawet jak w radio mówią, że miejsc nie ma, to miejsca są. Całkiem na pewno. Skąd to zwątpienie?
I zaczęły się Bieszczady i zaczęły się spotkania z Aniołami ...naturalnie najczęściej tam, gdzie Ich nie oczekiwaliśmy: a to przy „zmęczonym” po szlaku „pifku” (nie przy piwie ale właśnie przy „pifku”) w jakiejś knajpce przydrożnej parę strofek SDM z „samograja” za barem…a to na stopie z Wetliny do Ustrzyk w minibusiku, w którym wśród siedemnaściorga(!) pasażerów dziewczyny „zachłystywały się” poprzedniodniowym występem w Cisnej…a to w budce z pamiątkami przy zejściu z Wetlińskiej… zamiast oczekiwanych muszelek znad Bałtyku i rycerza z Malborka najprawdziwsze Bieszczadzkie Anioły!!! Zielone, z pachnącego jeszcze świeżością drewna, z „anielskim włosiem” ze sznurka, które można samemu ułożyć ...jeżeli ktoś to lubi... a to w rozmowie z recepcjonistką z Białego Hoteliku, która przeżywa Je (Anioły) już po raz piąty „...a przyjeżdżają takie obdartusy...”
Trochę trzeba Ich było poszukać, to prawda. Bo One są wrażliwe i też mają chyba swoja wolę. Tak, mają swoją wolę!
Właśnie na szlakach mało Ich było. Kto by pomyślał!
Chyba spłoszyły się od „chmar” turystów. Bo jak co chwilę każdy mówi „dzień dobry”, to w końcu robi się z tego całkiem spory szum, a dla Nich może nawet hałas? I tam Ich nie było widać.
Ale potem nagle, zupełnie daleko od tego szumu, gdy się spotykało na całkiem dzikiej ścieżce, całkiem nieoczekiwanie i po całkiem sporym dreptaniu dwójkę młodych ludzi z plecakami jak wieże, z których jeden z bliska okazywał się być nosidełkiem z maluchem, a zza drugiego wyłaniało się inne maleństwo, to ...uppps - były to znowu One…Anioły… Bo i to „dzień dobry” było wtedy też całkiem inne...
Dużo Aniołów sfrunęło do Cisnej. Przedpołudniami - nie wiem, po całodziennym dreptaniu docieraliśmy tam najczęściej, kiedy zaczynało zmierzchać ...i wtedy były. I u Warszawskiego i u Hrabiego, a i przy muzykowaniu też. Aż robiło się ciasno.
No ale co? Przyjechać do Cisnej i oglądać Anioły na Tele-Bim-Bam-Bimie? Zatem trzeba było się wciskać, najlepiej przed samą trybunę, żeby ich trochę „wchłonąć”. Raz nawet na schody dla VIP-ów.
Bo widać, że są też i VIP-owskie anioły.
Wiemy, bo ich dotykaliśmy. I te potrafią być kąśliwe. Ale tylko niektóre. Większość jest jednak prawdziwie anielska – i ustąpi miejsca i da łyka swojej Cisowianki i wpuści na schodek PONAD sobą...
A jak dobrze się poszukało, to w Cisnej można było „wyłowić” i same Archanioły – i Stare i Dobre, i Małżeństwo, i Pan Ziemianin, i Pan Warszawski – wszyscy byli do zobaczenia ...nawet do zagadania. I wcale się nie ofukiwali ...nawet na pytania - alibi, żeby tylko pobyć chwilę w pobliżu takiego Archanioła! Sympatycznie bardzo…
Może to tylko my – żółtodzioby, po raz pierwszy na Aniołach - ale im bliżej było do soboty, tym większe napięcie czuliśmy...trybuna, stoiska, namioty na terenie „Cienia PRL-u”. Patrz! Widzisz? Tam będą!
Ze strzępków informacji z głębi Polski dochodziły „złopogodowe” wieści, a w Bieszczadach słońce i wiatr łagodzący upał. To na pewno One sprawiły!
No tak, w przeddzień finałów jeszcze raz zagęściło się w „Aniołowej” okolicy.
Biały Hotelik w końcu pękł w szwach i trzeba było znów się pakować ...i znów ten znany niepokój – co z dachem nad głową? W bacówce „na glebie”?
Przed nocnym koncertem i perspektywą powrotu następnej nocy 1 500 km do Północnej Fryzji ..hm... Cóż zrobić?
W drodze na Hrabi wzięliśmy „na stopa” trzy dziewczyny zza Ustrzyk do Strzębowisk. I „z głupia frant” weszliśmy z nimi do pensjonatu. Trochę było wstyd w piątek przed „długim weekendem” pytać...i to o jeden nocleg... Ale co tam – raz kozie śmierć!
Nocleg? Tak, proszę, ale tylko na jedną noc, bo ktoś spóźni się ze względu na pogodę z przyjazdem o jeden dzień.
Jak tu nie wierzyć w Bieszczadzkie Anioły??? Przecież to było jasne! Czemu ciągle i ciągle jest się człowiekiem małej duszy i małej wiary?
Sobota – krajobrazowo piękna, prędka (dziś bez plecaków!), ale i „bezanielska” Tarnica – „dzień dobry”, „dzień dobry”, „dzień dobry”, „dzieeeeeń dooooobry!”
W drodze do Ustrzyk – „dwie” Aniołki z Kielc „na stopa”…czternasto-, piętnastoletnie…z wielkimi plecarami… Tak po prostu - w tym roku po raz trzeci w Bieszczadach. Mieszkanie?...ach beeeez problemu – znajomi są wszędzie. Muzyka? Jedziecie wieczorem na koncert? Muzyka jest wszędzie, mamy na naszym biwaku gitarzystów! Górki się liczą. W tamtym roku w Ukraińskich Karpatach na legitymację szkolną. Ale tam trzeba uważać, bo zamykają do ciupy, jak się zejdzie ze znakowanego szlaku. Ale góry są jeszcze dziksze, jeszcze piękniejsze ...”dwie” Aniołki…czternasto-, piętnastoletnie…
Już w drodze do Cisnej było widać chmury – ale chyba się nie odważą? Tyle wytrzymały, to przecież nie teraz! Nie teraz!! Nie teraz!!!
Dłużej nie można było siedzieć w aucie, okutani w kurtki, pod parasolami, naprzeciw tłumowi opuszczającemu właśnie łąkę-widownię. Poszliśmy tam…
Przerwa? Przesunięcie programu o pół godziny? Ktoś coś wie?
Najpierw jednak do barierki pod scenę.
Coś się dzieje!
Lało sporo, buty zaczynały w błocie przeciekać, ale barierkę mieliśmy w dłoniach.
Artyści ze sceny rzucali mało anielskie dowcipy – pada tam u was, eeeeee? My musimy wam wierzyć na słowo, bo u nas nie pada, eeeee!
A tu błyskało i laaaaaałoooooo!
Bis na zarządzenie konferansjera.
...i wreszcie przyszli…
Kiedy Krzysztof Myszkowski przejął mikrofon i cicho ale z naciskiem powiedział: „Zagramy dla Was wszystko, co chcecie” – anielskie obcowanie stało się namacalne ...i słyszalne...
Kiedy Darek Czarny „wyciął” na swojej akustycznej „solówkę-intro” do „Jeruzalem”, dreszcz przeszedł chyba wszystkich. Ja go wyraźnie poczułem.
Scena w amfiteatrze gór i „Jeruzalem”!!!
I popłynęło – SDM w najczystszej formie. Deszcz przestawał padać, a oni grali i grali – przede wszystkim „Jednoczas”, ale i „standardy”. Rybowicz rozgościł się na łące, Stachura do niego dołączył.
Nigdy bym nie pomyślał, kiedy zapoznawałem się z nim w „ogólniaku”, że jego teksty, jego myśli i wartości dane mi będzie kiedyś, po tylu latach i w takiej atmosferze przeżyć raz jeszcze…
…nie do opisania... ;)
Dzięki Wam, Anioły! Potrzebowaliśmy Was i to PILNIE!
Sławek Wójcik
23. sierpnia 2008
...lato już na półmetku… słońce toczy batalię z chmurami i deszczem, ja toczę batalię z refleksyjno – nostalgicznym nastrojem, który ostatnio jest moim częstym gościem…spoglądam wstecz i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jestem jakaś „inna” niż przed kilkoma miesiącami…może to rzeczywiście zbliżająca się – na razie jeszcze drobiąc kroki – jesień, a wraz z nią niewytłumaczalna tęsknota za czymś, co przecież jeszcze trwa…a może tęsknota za „aniołem jasnookim”?...bo jeśli nie ciepły promień słońca i śpiew ptaków o poranku, to KTO lub CO „przyda sensu dniom jałowym”?...powtarzam zatem za Jankiem Rybowiczem: „wiem, przyjdzie anioł jasnooki…”
…jeśli czas Wam na to pozwoli, pędźcie w Bieszczady…może tam go znajdziecie…
10. sierpnia 2008
Urodziny Janka
26. maja Jan Rybowicz świętowałby swoje 59. urodziny. Cóż my, którzy „tutaj, gdzie ziemia” możemy podarować Poecie goszczącemu od prawie osiemnastu lat w zaświatach, prócz „zdrowaśki” za Jego niepokorną duszę i pamięci czytelniczej? Tylko tyle i aż tyle...
Poświęćcie zatem – Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku – Jankowi Rybowiczowi kilka chwil w przytulnym zaciszu własnych czterech ścian lub – jeśli czas i codzienne obowiązki pozwolą Wam na to – przyjmijcie zaproszenie Starego Dobrego Małżeństwa do Lisiej Góry 31. maja 2008 roku na spotkanie z „żywym” słowem Jana Rybowicza (więcej na: www.sdm.art.pl).
Niech spełni się życzenie Poety, życzenie „życia bez końca”, „tu i teraz, i przedtem, i potem”, „życia przed życiem i życia po życiu”!
Ubolewam nad faktem, iż splot „nie-łagodzących” okoliczności życiowych nie pozwoli mi (raczej), być tam razem z Wami. Jeśli jednak dotrzecie do Lisiej Góry i chcielibyście podzielić się swoimi wrażeniami, zapraszam do korespondencji.
20. maja 2008